
Przeszedłem, przedwczoraj.
Gra miała co prawda premierę dopiero w piątek, 29.01, ale zamówiłem pre-order i pudełko z ME miałem w rękach trzy dni wcześniej, we wtorek – Bioware już dawno uzyskało moje nieograniczone zaufanie, bo jak można nie kochać twórców Neverwinter Nights, SW: Knights of the Old Republic, pierwszego Mass Effectu i Dragon Age: Origins miłością bezwarunkową i szczerą? Od NWN zaczynałem przygodę z RPGami (choć nie pomnę, czy Gothic II nie pojawił się na dysku wcześniej), KOTOR zafundował graczom jeden z najfajniejszych zwrotów akcji w grach ever, na Dragon Age poświęciłem niemal sześćdziesiąt godzin rozgrywki – nawet z przegatunkowania studio wyszło obronną ręką, bo rozgrywane w świecie science-fiction ME pozostawiło po sobie co najmniej dobre – jeśli nie bardzo dobre – wrażenie. Kanadyjczycy z Bioware gier słabych po prostu nie robią.
Napisałem wyżej odrobinę o pierwszym Mass Effect, jednak owe “odrobinę” należy rozwinąć, byście mogli zrozumieć, Drodzy Czytelnicy, dlaczego tak bardzo zachwycam się “dwójką” (bo zachwytów będzie, ostrzegam lojalnie, co niemiara). Początek trylogii wyszedł dwa lata temu i – choć szczegółów nie przytoczę – pamiętam mniej więcej, jakie wrażenie po sobie pozostawił: gra, jak już wspomniałem, dobra, momentami nawet bardzo, ale do genialności brakło sporo. Przemierzanie galaktyki szybko się znudziło przez schematyczne questy poboczne, więc skupiłem się na głównym wątku, co znacznie skróciło rozgrywkę. Wrażenie nudy potęgowały kopiowane jak od kalki lokacje (choć trzeba przyznać, główne planety zaprojektowano prześlicznie). Ale strzelało się fajnie, główny wątek też niczego sobie, więc ocena w okolicach 8/10 zasłużona (szczególnie za misję na Virmirze, kto grał, ten wie), choć całości brakowało “tego czegoś”, kilku magicznych szlifów, i sprawiała wrażenie raczej dobrze wykonanego rzemiosła.
Cóż, panowie z Bioware przez ostatnie dwa lata słuchali narzekań i, wyciągnąwszy wnioski, wydali sequel.
Każdy dzień z tych dwóch lat przepracowali ciężko, bardzo ciężko.
Bo Mass Effect 2, moi drodzy, grą pod każdym względem zajebistą jest.
Zaczyna się zajebiście, trwa zajebiście, kończy się trochę gorzej niż zajebiście (do pełnej zajebistości brakuje, finał w “jedynce” mimo wszystko wspominam lepiej). Wybaczcie nagromadzenie kolokwializmów.
Po pierwsze: fabuła. Scenarzyści Bioware najwidoczniej wzięli sobie do serca kultowe już słowa Hitchcooka o rozpoczęciu filmu, bo ME 2 startuje od trzęsienia ziemi, zaś kończy się wielkim wybuchem. Za każdy spoiler mielibyście pełne prawo ukamienować autora, więc zmilczę; napiszę tylko kilka zdań o ogólnym schemacie fabularnym. Twórcy skupili się niemal całkowicie na głównym wątku – zbieraniu nowej drużyny i walce z Wielkim Zagrożeniem. Zadań pobocznych znajdziemy tylko kilka, może kilkanaście, jeśli rozejrzymy się dobrze po całej galaktyce. I dobrze! Bioware najwyraźniej pokierowało się zasadą “less is more” i zamiast tworzyć multum questów typu przynieś-podaj-pozamiataj, skoncentrowało się na dopracowaniu głównej osi fabuły. W dodatku, zgodnie z zapowiedziami, opowieść w ME 2 stała się – w przeciwieństwie do jedynki, gdzie paradowaliśmy jako wybawiciel galaktyki – bardziej niejednoznaczna (i mroczniejsza, ale tylko trochę, nie wierzcie marketingowemu ble-ble). Zdecydowanie na plus. Rację, oczywiście, mają też recenzenci, którzy twierdzą, że fabuła nie obfituje w zwroty akcji i rozwija się nieco przewidywalnie. Jasne, nie obfituje i rozwija się. Ale kupiłem ją tak czy siak. Co zrobić.
Po drugie: załoga. Przyznam szczerze, nie widziałem jeszcze w żadnej grze galerii tak mocno zróżnicowanych osobistości. Przez większość rozgrywki zajmujemy się właśnie werbunkiem najlepszych speców od walki, technologii i biotyki w całej Drodze Mlecznej – razem dziesięć sztuk, podzielonych w dodatku na kilka różnych ras. Każda postać ma swoją misję rekrutacyjną (najczęściej osobny, zamknięty wątek) i osobistą, którą ujawnia po kilku rozmowach z głównym bohaterem. I właśnie osobiste problemy drużyny uznaję za zdecydowanie najsilniejszy atut Mass Effect 2. Quest Archanioła. Quest Egzekutorki. Quest Mordina. Perełki. I zdecydowanie nie zgadzam się z twierdzeniem, jakoby, cytuję, “drużyna Sheparda była bandą jęczących, smętnych emo”. Uważam je za głupie. Sorry. Jeśli kogoś, kto ma jakikolwiek problem, nazywamy emo – w takim razie wszyscy jesteśmy emo. A przecież problemy czynią nas ludźmi.
Jeszcze jeden cytat, z tej samej recenzji:
Sam Shepard też nie jest jakiś szczególnie charyzmatyczny i ciekawy, ale już daruję mu porównania z Williamem Adamą, Malcolmem Reynoldsem, Johnem Crichtonem czy Jean-Luc’em Picardem nawet. Mógłby ich nie przeżyć biedaczek.
Shepard jest przecież odbiciem gracza, jego avatarem w świecie gry, ciekawość więc lub nieciekawość tej postaci zależą w głównej mierze od decyzji gracza. Taki everyman, którego kształcimy od pierwszej części. Więc wnioski proszę wyciągnąć samemu.
Minus: za mało interakcji między członkami drużyny. Aż się prosi, żeby skonfrontować postacie pozostające w ewidentnym konflikcie podobnie jak w Dragon Age, gdzie Sten gryzł się z psem Pimpusiem, a wszyscy z Morrigan. Podobne momenty mamy w Mass Effect dwa – kłótnia Jack z Mirandą i Tali z Legionem. Dziesięć osób w drużynie i tylko dwie sprzeczki? Mało. Za mało.
Po trzecie: dialogi. A raczej nie tyle dialogi – choć składne są i dobre, a czasami nawet śmieszne – co sposób ich realizacji. Reżyseria wszelkiej maści przerywników w ME2 stoi na najwyższym poziomie. Rozmowy z Obiektem Zero w ciemnej ładowni mogłem oglądać w nieskończoność. Arię mówiącą o jedynej i najważniejszej zasadzie panującej na Omedze – również. Postacie podczas pogawędek nie stoją jak kołki (pamiętacie Wiedźmina?), ale żyją własnym życiem, gestykulują, przechadzają się po pomieszczeniu, uśmiechają się, marszczą brwi, płaczą. Dzięki temu zyskują charakter, ba, zaczynają znacznie bardziej przypominać ludzi. Bioware naprawdę się przyłożyło i dzięki temu seria ME zyskała swój znak rozpoznawczy. Bo pokażcie mi drugą taką grę.
Choć trzeba przyznać, świetne dialogi zachwycały już w pierwszej części, więc twórcy zdecydowali się odświeżyć je nowym ficzerem: przerywnikami. W kluczowych momentach możemy zainterweniować zgodnie z naszym charakterem – pocieszyć rozpaczającą matkę lub korzystając z chwili rozkojarzenia bossa wystrzelić w pobliskie materiały wybuchowe, by zyskać przewagę w walce – i zgarnąć kilka punktów idealisty, ewentualnie renegata. Wszystko w ciągu zaledwie kilku sekund, bo ikonki przerywników pojawiają się podczas dialogów tylko na moment, a skutki otrzymujemy natychmiast. Świetna, absolutnie mistrzowska sprawa.
Po czwarte: import postaci. Mass Effect 2 pozwala na kontynuowanie rozgrywki Shepardem z jedynki. Decyzje z wcześniejszej części mają więc znaczenie (co nie zdarza się na poletku gier komputerowych w ogóle), zarówno te kluczowe dla rozwoju akcji, jak i szczegóły, o których już dawno zdążyłem zapomnieć. Rozgrywkę wypełniono smaczkami i odwołaniami do ME1 – na e-maila otrzymujemy podziękowania od osób, które uratowaliśmy, i tak dalej. Generalnie fajna rzecz, choć potencjał ma zdecydowanie większy – no i mały zonk, bo w jedynkę grałem dwa lata temu i wielu “mrugnięć okiem” nie kojarzyłem, bo zdążyłem zapomnieć o większości questów. Ale za pomysł – wielki plus.
Po piąte: “uproszczenia”. Brak ekwipunku. Nie ma, po prostu. Walczenie jednym karabinem przez większość rozgrywki. Fabuła podzielona na “misje”. Kilka umiejętności na krzyż. Schemat dialogowy – idealistyczne odpowiedzi na górze, egoistyczne na dole. No i co z tego. Zbieranie śmieci po lokacjach mnie nie rajcuje ani trochę. Kolekcjonowanie pancerzy i broni +6, żeby chwilę potem wymienić je na +7, mnie nie rajcuje. Inwestowanie w dwadzieścia umiejętności i atutów (w tym obowiązkowo Dłubanie w Nosie) mnie nie rajcuje. Schematyczność w systemie dialogów też nie razi. Jak już pisałem, less is more, mniej znaczy więcej.
Po szóste: ewolucja. Bioware wysłuchało narzekań graczy na poprzednią część i wyeliminowało błędy – w kontynuacji nie uświadczymy klonowanych lokacji (wszystkie wyglądają inaczej), przemierzanie bezludnych planet zastąpiono przyjemną mini-gierką w poszukiwanie surowców, strzelanie uczyniono o wiele miodniejszym; chyba wszystkie błędy jedynki poprawiono, a i przy okazji nic nie zepsuto. W trakcie niemal trzydziestogodzinnej rozgrywki natrafiłem zaledwie na kilka usterek w animacji – i nic więcej. Żadnego wywalania do pulpitu, żadnych bluescreenów, wszystko chodziło płynnie i w najwyższych detalach. Dobra robota.
O kiepskim polskim dubbingu nie napiszę nic, bo grałem w oryginalnej wersji językowej plus napisy.
Po któreśtam, bo zapomniałem napisać i muszę edytować wpis: genialny początek i genialny środek psuje nieco “tylko” dobra końcówka. Można było dramatyczniej, panowie z Bioware. I trudniej. I mniej śmiesznie. Kto widział Wielką Czachę, ten wie, o co chodzi.
* * *
Paradoksalnie, z wierzchu Mass Effect w ogóle nie przypomina RPGa (strzelanie, wspomniane już uproszczenia mechaniki, brak ekwipunku, tylko kilka umiejętności, podział fabuły na “misje”), ale jeśli się zagłębić dalej, otrzymujemy RPG pełną gębą, z dialogami, których chce się słuchać do końca, drużyną złożoną z postaci z krwi i kości i – co najważniejsze – ogromnym wczuciem się gracza w rolę głównego bohatera, przynajmniej w moim przypadku. Więź z bohaterem pogłębia dodatkowo kontynuowanie przygody poprzez import Sheparda z pierwszej części. I o to w RPGach chodzi – o odgrywanie ról. Jeszcze nigdy nie przywiązałem się do głównego bohatera tak, jak w serii Mass Effect. Zauważcie, że w recenzji nie napisałem prawie nic o strzelaniu czy grafice – a zapewniam, obie są najwyższej klasy. Po prostu ważniejsza wydała mi się opowieść, jaką przedstawia ME 2, dialogi i bohaterowie – i na nich się skupiłem. Bioware znowu mnie oczarowało. I sprawiło, że mam nową najulubieńszą grę.
Zrzucony z tronu Gothic płacze w kącie. Niech żyje Mass Effect 2!
Już się nie mogę doczekać trzeciej części.