Właściwie co roku zdarzają mi się przestoje mniej więcej kilkumiesięczne, kiedy, owszem, pisać mogę, ale nie czuję wewnętrznej potrzeby, zaś o blogu zapominam, nic więc dziwnego, że od pół roku nie wypuściłem w Internet – a ściślej rzecz ujmując, na Joggera, bo gdzie indziej wypowiadać (ba, publikować nawet) mi się zdarzało – ani słowa.
ninaque stało więc sobie jak nieużywane pole i czekało na ponowne zaoranie. Tyle że czas mijał, a mnie się rolniczyć nie chciało. W końcu – czego z łatwością można się spodziewać po nieużytkach – coś pstrykło, smykło i się zepsło. Adres blog.ninaque.com zaczął odsyłać do joggerowego Wiki (główna domena, ninaque.com, jak wiadomo, nie działała nigdy, ale “blog” – bez problemów). Po kilku (nie, nie dniach) tygodniach zauważyłem problem i wziąłem się za rozwiązywanie.
Jako że nie umiem posługiwać się opisanym na wspomnianym już wiki FreeDNS, po namyśle przeniosłem zarówno blog, jak i domenę na tumblra, gdzie od dwóch lat (ech, czas leci, leci) prowadziłem notatnik. Następnie wybrałem najładniejszy IMO darmowy theme i przerobiłem go nieco na własną modłę, by stylem przypominał bardziej stare ninaque. Na koniec – podpiąłem Feedburnera pod RSS tumblra. Voilà!
Komentarzy, oczywiście, już nie ma. Tumblr nie pozwala.
PS. uno: nie obraziłem się na Joggera, ba, znając życie, kiedyś jeszcze tam wrócę - dotąd zawsze wracałem. Ale od czasu do czasu każdy potrzebuje odrobiny świeżości, nieprawdaż?
PS. dos: nie oznajmiam, że czynnie wracam do blogowania, bo do tej pory, jak ogłaszałem… sami pamiętacie.
PS. tres: miałem napisać kilka słów wyjaśnienia - wyszło kilka akapitów. Chyba brakowało mi blogowania. Trochę.