Yulia Brodskaya i technika zwana quilling -
Dla ludzi, którzy potrafią wykonać podobne działa sztuki, mam zawsze dużo szacunku. Przede wszystkim dlatego, że osobiście nie potrafię zrobić ręcznie niczego, co wymaga więcej skupienia i umiejętności niż papierowy samolocik.
Jak widzicie – a jeśli nie widzicie, przejdźcie z czytnika RSS na stronę – ninaque przeszło małe odświeżenie. No dobra, nie takie znowu małe. Zmieniło się w gruncie rzeczy wszystko – od wyglądu po kod – ale Czytelnicy, którzy śledzą blog jeszcze od czasów joggerowych, powinni poczuć się jak w domu.
Nowe ninaque kontynuuje tradycję poprzedniego designu, wiecie, duża czcionka, gwieździsta tapeta Jiobla, nieodmiennie prześwietna i przeładna, faviconka, stare, klasyczne już logo, którego nie zmieniałem chyba od zamierzchłych dni zielonego layoutu (ktoś jeszcze pamięta?), stopka u dołu. Niby podobnie, ale zupełnie inaczej. Wszystkie elementy przetransportowałem z 2009 roku do 2010, dlatego mamy więcej przezroczystości, bajerów, cieni, różnorodnych czcionek i w ogóle więcej wszystkiego. Prezentuje się – wybaczcie brak skromności – całkiem fajnie, choć nie wątpię, że wciągu najbliższych dni kilka rzeczy może jeszcze ulec zmianie.
Wszelkie opinie, skargi, zażalenia, porady można słać na priv – KMWTW – wszelkie blipy, twittery lub standardowo na e-mail: imię kropka nazwisko na gmail.com. Wszystkie przeczytam, pewnie z większością się zgodzę, tylko niech nikt nie narzeka na wielkie czcionki: jestem, kolokwialnie mówiąc, ślepy, noszę okulary, więc mam prawo na własnym blogu widzieć, co napisałem.
Okej, to by było na tyle.
PS.: w RSS-ach mogą się pojawić dwa wpisy, które już wcześniej czytaliście, Drodzy Czytelnicy, ten o typografii i nieczytaniu książek. Można je zignorować. To tylko usterka techniczna.
Ciekawie, na interesujący temat, w dodatku konkretnie i krótko – może nawet za krótko. Chyba zacznę przywiązywać większą wagę do typografii na ninaque…
Większość lektur jest nudna, a w dodatku są pisane takim dziwnym, przestarzałym językiem, którego my nie rozumiemy. Biorę do ręki książkę, czytam, ale w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić tego, co jest tam napisane - mówi Paweł Wolniewicz, uczeń III klasy gimnazjum.
– Akcja ‘Szkoła 2.0’: Przeczytałem tylko jedną książkę
Czytam – i przyznam szczerze, płakać mi się chce.
Gość, mój rówieśnik, bo przecież również uczęszczam – jeszcze, koniec roku nachodzi wielkimi krokami – do tej nieszczęsnej III klasy gimnazjum, w trakcie uczęszczania do szkoły z lektur przeczytał tylko “Psa, który jeździł koleją”. Do końca i sam, znaczy się. Mówimy o książeczce, którą, o ile dobrze pamiętam, przerabia się gdzieś w okolicach trzeciej klasy. Szkoły podstawowej.
Co więcej, ów uczeń opowiada o tym wszem i wobec. Najpierw dziennikarce prowadzącej wywiad, a poprzez panią dziennikarkę – Czytelnikom. Panu, Pani. Mnie. Wszystkim.
I nie widać, żeby się wstydził.
A powinien.
Następnie czytam po raz wtóry:
Większość lektur jest nudna, a w dodatku są pisane takim dziwnym, przestarzałym językiem, którego my nie rozumiemy. Biorę do ręki książkę, czytam, ale w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić tego, co jest tam napisane.
Auć.
Cóż, trochę przykro, że Gazeta na osobę reprezentatywną akcji “Szkoła 2.0”, o której, nawiasem mówiąc, słyszę po raz pierwszy i zapewne ostatni, wybrała kogoś, kto otwarcie przyznaje się do podobnej ignorancji. Może źle trafili.
A może nie. Patrzę wokół, pośród młodzieży, i rzadko, naprawdę rzadko, widzę kogoś, o kim można by powiedzieć, że lubi czytać. No bo, owszem, każdy, prócz skrajnych przypadków, tych kilka książek w życiu przeczytał – może częściej z przymusu niż ze szczerych chęci, ale jednak. I uwagi o “przestarzałym języku, którego nie rozumiemy” (w odniesieniu do lektur szkolnych, ale nie tylko) powtarzają się wcale często.
Wracam jednak chlipać smutno w poduchę.
Tak abstrahując od zawartości linka (nieodmiennie prześwietnej), czasem mam naprawdę poważny problem z share’owaniem treści, o którym pisałem ze dwa miesiące temu. Notkę o powyższym twitter whale podzieliłem się już na Google Readerze, uznałem jednak, że można by ciekawostkę podlinkować również na blogu. I teraz – czy warto dublować content, bez względu na wartość, wstawiając tak naprawdę jedną rzecz w kilku miejscach? W dobie Internetu, w którym można dzielić się niemal wszystkim (w dodatku przez różne strony), czasem naprawdę trudno zdecydować, gdzie się dzielić. Całkiem podobnie mam z blipem i twitterem, obie strony lubię, obie przeglądam – czasem bardziej, czasem mniej regularnie – ale mikroblogować na obu czasu nie mam, więc skaczę tak od jednej do drugiej. Oto dylemat współczesnego internauty.